Google Analytics
1160
Udostępnij
Udostępnij
Wyślij link
Wywiady > Zbigniew Klonowski
21-10-2013

Zbigniew Klonowski



Naszym rozmówcą jest założyciel, a obecnie prezes firmy Trias S.A. Człowiek, który prowadząc drukarnię w Toruniu, w pewnym momencie zdecydował o zmianie branży i w ten sposób stworzył firmę będącą jednym z największych graczy na rynku technicznej obsługi eventów. Ekonomista z wykształcenia, technik z konieczności, pasjonat z natury – Zbigniew Klonowski.

 

 

 

Łukasz Zygarlicki, MiT: Jak i kiedy powstała firma Trias? Skąd wzięliście pomysł na swoją działalność?

Zbigniew Klonowski, Trias S.A.: Firma Trias powstała właściwie w momencie, kiedy poszukiwaliśmy sposobu na biznes. Trias (o czym niewiele osób już pamięta) był kiedyś drukarnią i studiem DTP, robiliśmy projekty graficzne. Ale ta branża zaczęła mieć trudności w funkcjonowaniu pod koniec lat dziewięćdziesiątych – nastąpiło rozwarstwienie: powstały bardzo duże drukarnie i sporo małych. Byliśmy na rozdrożu: byliśmy lokalnie za duzi, ale za mali na kraj. Poszukiwaliśmy nowego sposobu na biznes. W wielkim skrócie można powiedzieć, że natknęliśmy się na technologię ledową – ekran diodowy. Był to właściwie przykład książkowy, kiedy przełom technologiczny daje nowe możliwości i nowe szanse. My chcieliśmy z tego skorzystać. Po raz pierwszy zobaczyliśmy ekran diodowy na targach samochodowych we Frankfurcie – był to prototyp firmy Barco. Było to na stoisku BMW, które pokazywało wówczas bardzo ciekawą technologię silników na wodę, ale nas bardziej zainteresował ekran, który wisiał ponad. Widoczny w słońcu, świetne kolory – czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. Zakiełkował nam w głowie pomysł. Nie mieliśmy wtedy żadnych związków z branżą eventową, nie miałem żadnego doświadczenia w tej dziedzinie. Zresztą, kiedy pomysł się urodził, nie chcieliśmy kierować oferty na rynek eventowy. Ten ekran wydawał się wtedy rewelacyjnym nośnikiem reklamowym. Zacząłem się temu przyglądać, badać temat, sprawdzać ceny, pisać biznes plany. Kalkulacje pokazywały, że ze względu na wysokie koszty takie przedsięwzięcie nie ma najmniejszych szans. To był 1999 rok. To było tak drogie – dobre, fajne, ale tak potwornie drogie, że nie było szans, aby dało się to wpisać w możliwości budżetów marketingowych i żeby można było na tym zarabiać. Także pomysł trzeba było zarzucić. Ale wraz z poznawaniem produktu, poznawaliśmy też technologię. Okazało się, że produkt ma budowę modułową i stworzony jest do rentalu. Tak był pomyślany chyba jeden z lepszych ekranów w historii ekranów: Barco Dlite7. Był stworzony do przewożenia. To spowodowało, że postanowiliśmy też sprawdzić, czy Polska nie byłaby rynkiem gotowym na wynajem takiego sprzętu – na wykorzystywanie go podczas eventów. Dotknęliśmy wtedy branży, której zupełnie nie znaliśmy. Pierwsze rozeznanie mówiło: „Nie ma szans”. Ale braliśmy pod uwagę, że obecni na rynku gracze nie mogą mieć wiedzy na temat czegoś zupełnie nowego, a zwłaszcza co do prognoz powodzenia takiego przedsięwzięcia, i tutaj trzeba spojrzeć trochę z zewnątrz. I być może to nam dodało nieco odwagi. Powiedzieliśmy sobie „OK, czemu nie?”. Zaryzykowaliśmy pierwszy ekran (teraz to zabrzmi śmiesznie, bo to był ogromny ekran jak na tamte czasy i jedyny w tej części Europy) o powierzchni dwunastu metrów kwadratowych. Cztery na trzy. A inwestycja bliska miliona dolarów (z całym osprzętem). Mówimy o metrażu, który teraz nie robi żadnego wrażenia. Metraże wzrosły dziesięciokrotnie, gdzieniegdzie na świecie może i stokrotnie, a kwoty w drugą stronę: w międzyczasie spadły dziesięcio-, a może i stokrotnie. Także jako nośnik reklamowy to rozwiązanie odrzuciliśmy całkowicie, bo ekran nie był w stanie być rentowny. Natomiast w branży eventowej od początku interesowała nas kwestia obrazu, czyli to, co nazywamy multimediami. To były początki, ale patrzyliśmy na ten obszar. Trochę zostawiliśmy z boku firmy nagłośnieniowe, które już istniały, niektóre całkiem fajnie już rozwinięte; zostawialiśmy firmy oświetleniowe, które też już funkcjonowały. Patrzyliśmy na firmy, które zajmują się obrazem. Jeśli chodzi o obraz, to właściwie wtedy były dostępne dwie dominujące technologie: to były projektory (i to jeszcze LCD) i ściany wizyjne, tak zwane cubowe. Na tym rynku, można powiedzieć, działało kilka firm, a właściwie kilka osób, które parały się tym biznesem. To były początki, zupełne początki. Przyglądając się temu, stworzyliśmy od razu spółkę z o.o. – przekształcenie z drukarni powodowało samo, że byliśmy spółką z jakimś kapitałem, ale też z dnia na dzień musieliśmy przestawić całą firmę. Nowi ludzie, nowe kompetencje – wszystko zaczęliśmy budować od zera. Pod koniec 1999 roku padła decyzja o zamówieniu ekranu. To my złożyliśmy pierwsze zamówienie, dzięki czemu na poważnie wpisaliśmy się w światową historię tego rynku. Z ówczesnym dyrektorem handlowym Barco wspominaliśmy później tę sytuację: „Ja nie wiedziałem wiele o ekranach, on nie wiedział o nich wiele, spotkaliśmy się i podpisaliśmy kontrakt”. I tak to się zaczęło, a cztery miesiące później zobaczyliśmy, na co de facto się umówiliśmy i jaki ostatecznie produkt wyszedł, bo wcześniej pokazywany był tylko prototyp. Także to był zupełny początek tej branży.

 

Od początku staraliście się zbudować ofertę komplementarną dla działających już firm, aby nie działać w opozycji do nich, ale poniekąd je uzupełniając, bez bezpośredniej konkurencji?

To od początku było uzupełnianie i trafiliśmy w bardzo wąską niszę, bo chcieliśmy tylko zagospodarować obszar, który był zupełnie wolny. Wtedy nam się wydawało, że wszystkie imprezy plenerowe potencjalnie byłyby zainteresowane tym, żeby mieć obraz, żeby mieć ten „telebim”, żeby móc pokazać zbliżenia artysty (wtedy to do takich celów głównie służyło). Wieczorem można było wykorzystać projektory i inne pomysły, ale w dzień było to niemożliwe. A były imprezy, które ze względu na swoją specyfikę odbywały się w dzień. Zakładaliśmy, że tam jest luka, skoro ludzie wieczorami potrzebują ekranów, to w dzień też potrzebują, tylko nie ma technologii. A my możemy ją dostarczyć. Nie obawialiśmy się tak bardzo, czy ludzie zechcą tego używać, pytanie brzmiało tylko, czy za tę cenę ludzie będą skłonni korzystać z tego dostarczonego przez nas ekranu. Jak się później okazało, to był strzał w dziesiątkę, mimo że koledzy, którzy wcześniej zaczęli w tej branży działać, mówili, że to jest szalony pomysł.

 

Jak przekonaliście klientów, aby zamówili co prawda coś lepszego, ale jednak za dużo większe pieniądze?

Pieniądze rzeczywiście były kilkukrotnie większe niż za projekcję, natomiast wtedy nie było dla nas konkurencji. Nie było też alternatywnych rozwiązań. Albo ktoś decydował, że tego potrzebuje i wydaje pieniądze, albo nie. Szczęśliwie dla nas radość z uzyskiwanej jakości była na tyle duża, że w krótkim czasie coraz większa liczba klientów chciała z tego korzystać.

 

Od razu muszę zapytać o inną kwestię: jesteście firmą z Torunia, które to miasto przez ostatnie lata w kraju kojarzy się dość specyficznie. Na ile dla was rynek obsługi wydarzeń religijnych był znaczącym, zwłaszcza za czasów pontyfikatu papieża Polaka?

Takie wydarzenia jak wybór, śmierć czy pielgrzymki Jana Pawła II były najważniejsze, choć wymiar biznesowy nie był aż tak istotny. W roku dwutysięcznym ważnym dla nas był przede wszystkim Kraków – wówczas europejska stolica kultury. To miasto, w którym działo się wiele wydarzeń, które najczęściej odwiedzaliśmy. Pielgrzymki także były dla nas ważne – były to duże wydarzenia. Zwłaszcza obsługa tych (naszych) pierwszych. Było to wyzwanie logistyczne, bo potrzebnego sprzętu było po prostu mało. Nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie. Pamiętam pierwsze spotkania partnerów Barco – to było pięć, może dziesięć osób na sali: ze Szwecji, z Polski, Niemiec, Belgii, Hiszpanii, potem z Włoch, Grecji. Ja reprezentowałem cały region, bo ani w Czechach, ani na Słowacji, ani na Litwie czy w Estonii przez wiele lat nie było żadnego ekranu diodowego. Obsługiwaliśmy pielgrzymki także na Słowacji i na Ukrainie, ale to samo dotyczyło wizyt głów państwa, ważnych wydarzeń sportowych, Tour de Pologne. Na wszystko, co działo się wtedy, mieliśmy właściwie jeden ekran. Był to produkt bardzo pożądany. Może trochę jak iPhone – nie był tani, ale się dobrze sprzedawał. Stanowił podwaliny do rozwoju całej grupy.

 

W jaki sposób od jednego ekranu udało się dojść do kilku magazynów i tej ilości sprzętu, jaką obecnie dysponujecie?

To było kilkanaście lat konsekwentnej pracy. Najciekawszym okresem był start, rok dwutysięczny i nieprzerwane pasmo wzrostu do 2008 roku. Przez te siedem–osiem lat rynek pozwolił nam się mocno rozwinąć. Mimo że zdarzały się zawirowania w gospodarce i tendencje na rynku określane były jako spadkowe. Przebicie się z nowym produktem w takiej sytuacji dość mocno nas zahartowało i pozwoliło dalej się rozwijać. Rynek eventowy dla nas się wtedy tworzył. Nie wiem, jakie zdanie mają o tym czasie koledzy działający w branży dłużej. Ale pamiętam, że to był wykwit festiwali, telewizje tworzyły własne imprezy, zaczynały konkurować ze sobą, wspierać przedsięwzięcia lokalne i pokazywać je na antenie, następnie doszła cała seria produkcji studyjnych i różnego rodzaju show produkowanych do dziś.

 

Powstawało więcej możliwości, ale też różne rynki wraz z coraz mocniej rozwijającym się rynkiem realizacji typowo telewizyjnych. W jaki sposób wy jako firma reagowaliście na te potrzeby?

Decyzje były dość szybkie. Wzmacnialiśmy się, jeśli chodzi o liczbę ekranów diodowych. Opieraliśmy się na jakości i serwisie dla naszych klientów. Mieliśmy bezwzględnie dominującą pozycję w regionie. Ale klienci zaczęli nas zachęcać do lekkiej zmiany strategii. Na początku była ona jasna: ekrany diodowe – plener, studio (gdzie potrzebny jest ekran diodowy) – to nasza działka. Cała reszta nas nie interesowała. Konstrukcje, dźwięk czy oświetlenie – to nie jest nasza bajka. Kiedy okazało się, że w bardzo szybkim tempie mogliśmy się dozbroić, bo rynek pozwalał nam na inwestowanie coraz większych pieniędzy, w pewnym momencie zrozumieliśmy, że nie potrzebujemy już większej liczby ekranów – to była kwestia wyporności rynku. Nastąpiła zmiana strategii: powiedzieliśmy sobie, że robimy wszystko, co dotyczy obrazu. I to był drugi krok. To spowodowało powiększenie magazynów, wyposażyliśmy się w ściany wizyjne, projektory.

 

Jak wyglądała kwestia finansowania tych operacji? Oczywistym były potrzeby i zwrot inwestycji w krótkim czasie – czy był tu element większego ryzyka?

Opieraliśmy w dużej mierze o leasingi, kredyty, ale rynek pozwalał się rozwijać. Nasze decyzje można na pewno określić jako ryzykowne. Łatwiej to ocenić obecnie, patrząc z perspektywy. Prawdopodobnie zaczynając dziś, nie byłbym skłonny do podjęcia tak dużego ryzyka, ale wtedy byliśmy tak odważni i zaangażowani, że robiliśmy to. To też jest wypadkowa pasji i biznesu. Ja jestem ekonomistą – patrzenie chłodno na biznes nie powinno być mi obce, ale z drugiej strony są emocje. Kiedy widzieliśmy, że jest coś, co rynek może wchłonąć – wchodziliśmy w to. Tamte lata to była też świetna zabawa. Spotykanie przyjaciół na planie, na scenie i ciągłe wymyślanie, jak zaskoczyć rynek i widzów, jak stworzyć coś nowego. Braliśmy udział w kształtowaniu rynku. To też wzmagało chęć do podejmowania ryzyka. Było fascynujące i dawało satysfakcję.

 

Proszę jeszcze powiedzieć, jak to się stało, że pan – ekonomista, wcześniej prowadzący drukarnię – tak dobrze poczuł się na rynku rozrywkowym, stał się de facto jego częścią i w pewnej mierze kreatorem?

Sama ekonomia jako kierunek powinna przygotowywać do tego, jak postępować w biznesie. Z drugiej strony wiemy, że nie ma książek ani instrukcji „jak zrobić biznes”. Żeby firma istniała, musi generować finansowe nadwyżki, ale nie da się oprzeć funkcjonowania firmy jedynie o zyski i wyniki. Ja myślę, że to jest także kwestia pasji ekipy. To, że ten rynek mnie zafascynował dużo bardziej niż druk, spowodowało, że byłem w stanie na tym rynku funkcjonować. Rynek jest trudny: od samych zarwanych nocy i weekendów, opieki nad klientami (którymi w pierwszej fazie ja się opiekowałem), ale widowiskowość branży powoduje, że to wciąga – to na pewno pomogło. Z czasem musieliśmy się przenieść na rynek warszawski, najpierw tworząc tu oddział, ale jak historia pokazuje – dzisiaj rozmawiamy w Warszawie, stąd łatwiej jest prowadzić biznes. Funkcjonujemy w skali kraju z adresami w Warszawie, Toruniu, Gdańsku i Krakowie, ale w 2007 roku musieliśmy się przenieść do Warszawy. Zresztą tu też organizowanych jest najwięcej imprez, decydującymi są nie tylko koszty, ale także czas na transport i załadunek, rozwiązania logistyczne.

 

Czy możemy porozmawiać o obsługiwanych przez was wydarzeniach? Na początek zapytam o te najważniejsze bądź te, które szczególnie zapisały się w pana pamięci.

Najbardziej pamiętam te pierwsze wydarzenia. W 2000 roku obsłużyliśmy około sześćdziesięciu eventów. To było ciekawe, związane ze szkoleniem ludzi, niepewnością, badaniem reakcji ludzi: i klientów, i publiczności. Potem był etap tworzenia koncertów, zaczęliśmy bowiem uczestniczyć w realizacjach telewizyjnych – wyzwania, z jakimi się tam mierzyliśmy, były częścią walki stacji telewizyjnych między sobą: festiwal w Sopocie, potem TOPtrendy Polsatu – to były takie realizacje, które stawiały technologicznie duże wyzwania. Zwieńczeniem było wejście do Unii Europejskiej i event na rynku we Wrocławiu pt. „Anioły Europy”. To jedno z wydarzeń, które do dzisiaj pamiętam. Tych eventów było mnóstwo, w szczytowym roku obsłużyliśmy blisko tysiąc imprez, w sumie przez kilkanaście lat działalności: kilka lub kilkanaście tysięcy, ale „Anioły Europy” ciągle są w mojej pamięci.

 

Obecnie Trias zajmuje się wieloma różnymi aktywnościami...

Grupa się rozrosła, mamy pięć spółek, ja to wszystko już tylko spinam. Wraz ze zmianami rynku adaptujemy swoje działania i strategie – to właśnie uważam za naszą główną siłę. Jak wspomniałem, pierwszą zmianą była ta z ekranów diodowych na wideo, potem doszły technologie oświetleniowe. Następnie decyzja, że nie tylko rental i obsługa, ale też sprzedaż sprzętu. Tak rozdzieliliśmy działalność. Z czterech osób zajmujących się sprzedażą powstała firma o większym potencjale i możliwościach rozwoju niż spółka eventowa. Nigdy nie interesowała nas „sprzedaż pudełkowa”. Dziesięć lat temu projektor to było profesjonalne urządzenie, na którego zakup i instalację mogły sobie pozwolić tylko największe firmy. Następnie doszły ekrany plazmowe. W sprzedaży urządzeń specjalistycznych widziałem lukę na rynku. Śledziłem rozwój technologii na świecie. Wiedziałem, że tu powinien być ogromny rozwój. Z jednej strony: potwierdziło się to, bo oczekiwany rozwój nastąpił, z drugiej strony – następował dużo wolniej, niż myślałem. Sprzedaż przerodziła się w instalacje, a następnie większe integracje, np. z oświetleniem. Pojawiały się coraz większe sale. I tu Trias AVI sp. z o.o. (w odróżnieniu od Trias EE sp. z o.o. – zajmującej się „tradycyjną” eventową działalnością firmy) doszła do takiego pułapu, że jej największym projektem był stadion w Gdańsku – PGE Arena, czyli mowa o kwotach rzędu siedemdziesięciu milionów złotych. I tu mówimy już o pełnej integracji, gdzie A/V ma ogromne znaczenie, ale to także bezpieczeństwo, kontrola dostępu, monitoring. Jednocześnie wciąż istnieje synergia pomiędzy spółkami. Na przykład: jeśli jakiś projektor „wytrzyma” na eventach, to nie mamy obaw, aby go gdziekolwiek zainstalować; poza tym branża eventowa wymusza kreatywność i skuteczność, co także pomogło nam zdobywać rynek w obszarze instalacji i integracji (bo potrafimy pracować nocami czy w weekendy, jesteśmy bardzo mobilni i do zamówienia klienta podchodzimy elastycznie). W przypadku rozszerzenia działalności (eventowej) w kierunku oświetlenia postąpiliśmy odmiennie. Mieliśmy doświadczenie z obrazem, z mikserami, procesorami wideo, łączeniem sygnałów wideo, ale nie wiedzieliśmy wiele o sterowaniu oświetleniem – to były dla nas nowe rzeczy. Pozyskaliśmy więc kompetencje poprzez akwizycję. To chyba jedyny przykład przejęcia innej spółki w kraju w branży eventowej, wcześniej jednego z naszych partnerów – firmę GIG Stanisława Gocławskiego, który postanowił zakończyć karierę w branży. Uważaliśmy, że skoro łączenie producentów obrazu z producentami oświetlenia ma postępować, to warto pójść w tę stronę. To zjawisko nastąpiło, ale w mniejszym zakresie i później, niż się spodziewaliśmy. Dziś te związki są silniej widoczne, ale trwało to wiele lat. Nie było tu zapowiadanej rewolucji. Ale dla nas w sumie dobrze się złożyło, bo poszerzyliśmy swoją ofertę o oświetlenie, ale GIG miał też kilka produktów w dystrybucji. Tak powstała spółka GIG prowadząca, jak to nazywamy, sprzedaż produktów z wartością dodaną. Mówimy o sprzedaży dla teatrów, domów kultury czy innych klientów końcowych. Bez instalacji, integracji itd. Mamy tu też na przykład Christie, której to produkty sprzedajemy także do rentalu, i cieszymy się, że rynek dojrzał już do takiego układu. Lata temu nie wydawało się to możliwe – królował pogląd „od konkurenta nie kupię”. Dziś już większość osób nie ma z tym problemu. Nie ma problemu z dostępnością sprzętu. Kiedyś był to też problem logistyczny – sprowadzenie czegokolwiek zza zachodniej granicy. My na przykład mieliśmy problemy przy organizacji pielgrzymki Jana Pawła II na Ukrainie. Ściągaliśmy sprzęt z połowy Europy, a największe problemy logistyczne pojawiły się na przejściu granicznym z Ukrainą, bo celnicy nie rozumieli, że ekran może kosztować milion złotych, i traktowali sprawę jak jakiś przekręt. Niemcy nas traktowali jak trzeci świat, a my jeszcze mówimy, że zaraz wywozimy sprzęt na Ukrainę. Trudno było to ubezpieczyć. Wtedy pojawiały się problemy. Można było myśleć o blokowaniu produktów. Ale dziś nie ma już problemu z zakupem sprzętu. Mamy jeszcze jedną spółkę, którą wydzieliliśmy jako grupę inżynierów zajmujących się naprawą sprzętu eventowego pierwotnie video i oświetleniowego a obecnie również audio i systemów IT. Pozyskaliśmy kilka autoryzacji producentów sprzętu specjalistycznego. Powołaliśmy spółkę DigiService, co miało na celu zapewnienie wysokiej jakości obsługi serwisowej. Wcześniej dział techniczny dla instalacji i serwis sprzętu były bardzo mocno połączone. Aby zapobiec konieczności dokonywania wyboru, czy ważniejsza jest nowa instalacja, czy serwis urządzeń wcześniej sprzedanych, stworzyliśmy osobny serwis działający na dwa sposoby: serwis u nas, czyli urządzenia są dosyłane, ale też drugi typ – serwis urządzeń u klienta. Nie ważne, czy są to urządzenia dostarczone przez nas, czy konkurencję. Trzeci rodzaj działalności to opieka serwisowa nad całymi obiektami. I tak na przykład DigiService jest związany partnersko ze stadionem w Gdańsku. Dziś mamy więc Trias S.A. – firmę-matkę, która pełni funkcje spółki inwestycyjnej, bo jest właścicielem pozostałych spółek, zapewnia spójny serwis i strategię działania oraz współistnienia spółek z grupy, daje zaplecze finansowo-księgowe, marketingowe i zakupowe. Docelowo Trias S.A. nie ma zadania świadczenia żadnych usług – to rola poszczególnych spółek. Grupy klientów dzielimy na cztery: klientów, którzy potrzebują obsługi eventowej – to Trias EE; klientów, którzy chcą taką technologię, ale na stałe w hali, w teatrze czy uczelni – to Trias AVI; klientów, którzy potrzebują konkretnego produktu i chcą go kupić – to GIG; a jeśli ktoś dzwoni i mówi, że potrzebuje serwisu – trafia do DigiService. Pomiędzy spółkami zdarza się synergia i współdziałanie, ale zwykle są to różne i odrębne grupy klientów, bo nawet w ramach jednej instytucji inne grupy ludzi zajmują się organizacją wydarzeń, inne dbają o procesy budowlane. Mam nadzieję, że system ten jest na tyle dobrze pomyślany, że widać, że ich działania są komplementarne i synergiczne.

 

Zapytam jeszcze o GiG, bo ta firma została niejako wchłonięta przez inne spółki, a sam GiG został jako dystrybutor, choć firma całkowicie zmieniła profil.

Tak. GiG był firmą przede wszystkim oświetleniową i eventową – w tym sensie GiG przestał istnieć.

 

Czy odbieraliście jakieś sygnały z rynku po przejęciu GiG-u i wejściu na rynek oświetlenia? Czy to dobrze, czy źle?

Na pewno na rynku pojawiło się pewne zaniepokojenie. Byliśmy dużym graczem, mieliśmy dominującą pozycję w multimediach, więc nasz ruch musiał wywołać jakieś zaniepokojenie, ale o to trzeba by zapytać konkurentów. To była jedna z możliwości. Kiedy zdecydowaliśmy o wejściu na rynek oświetleniowy, mogliśmy po prostu kupić ten sprzęt i zacząć działać, więc myślę, że dla rynku hasło o przejęciu wzbudzało poruszenie, ale proszę pamiętać, że w skali korporacji to jest ciągle mały rynek i nawet kiedy nam się w branży wydawało, że jesteśmy gigantami, no to umówmy się: ani obroty, ani wielkość firmy nie mówiły, że jesteśmy jakimiś wielkimi podmiotami. Dlatego na takim małym rynku, często jeszcze działalności gospodarczych, taki ruch musiał wywoływać poruszenie. A to, że zmienił się szyld z GiG-u na Trias powodowało przejęcie części rynku, ale zmienił się tylko podmiot.

 

A jak wy na to patrzyliście? Do tej pory część pracy zlecaliście firmie oświetleniowej. W momencie wejścia w oświetlenie zagarnialiście całość. Czy to był cel – zagarnięcie większej części rynku także oświetleniowego dzięki pozycji firmy na rynku multimediów?

Tak jak już wspomniałem: spodziewaliśmy się że rynek produktów będzie szedł w kierunku synergii oświetlenia i multimediów. Mnie się wydaje, że jednak ta integracja nigdy nie nastąpiła. Istnieją ciągle firmy takie i takie, ale powstało też kilka firm mających i to, i to. I to jest nowa kategoria.

 

To może tak postawię pytanie: na ile uważacie się za firmę multimedialną, a na ile za oświetleniową?

Patrząc na realizacje, powiedziałbym, że zrobiliśmy tyle fajnych koncertów w historii; będąc spadkobiercą GiG-u, można powiedzieć, że tak – jesteśmy firmą oświetleniową. Patrząc na strukturę obrotów, inwestycji i zainteresowania, od zawsze byliśmy firmą multimedialną, więc nawet mentalnie – znajomość multimediów i przywiązanie do nich – powoduje, że bardziej jesteśmy multimedialni niż oświetleniowi – i to chyba tak naturalnie się utrzymało.

 

Wybiegnijmy w przyszłość, bo został nam temat nagłośnienia. Czy macie jakiekolwiek plany pójścia w tę stronę?

Nie. Te decyzje podejmowaliśmy kilkukrotnie, jednak rynek nagłośnienia funkcjonuje nieco inaczej. Naszym zdaniem nie byłoby to działanie synergiczne z resztą naszych aktywności, a wręcz mogłoby nam przeszkadzać w funkcjonowaniu. Po drugie, ten rynek jest tak naprawdę już mocno rozwinięty i nie przewiduję tutaj rewolucji powodujących zmiany układów na rynku. Nie jest to w obszarze naszych zainteresowań.

 

Kolejny temat, o którym warto wspomnieć, to tzw. kryzys. Co ten termin oznaczał dla firmy Trias? Czy mamy jeszcze w Polsce kryzys? Co on oznaczał dla firm eventowych?

Jeśli chodzi o rynek eventowy, lata 2007–2008, sytuacja dotknęła nas dość mocno. Myślę, że większość konkurentów i klientów to powtórzy. My może nawet byliśmy jednymi z tych, którzy najmocniej ten kryzys odczuli, bo mieliśmy w tym rynku duży udział. Spadek obrotów, nawet nie ilościowo, ale wartościowo, wynosił kilkadziesiąt procent. Dość mocno nas to dotknęło. Widowiskowość, która wcześniej nas napędzała: super scenografia, bogate obudowanie wieców, gal, spotkań, koncertów, była ograniczana. Odnosząc do nagłośnienia – ono musiało pozostać, choć tutaj koledzy od nagłośnienia też mieli w tym czasie swoje kłopoty. Jak spada wartość, chce się mieć to samo, ale za mniejszą cenę. Mając mniejszy budżet, stara się zrobić to samo za mniejsze pieniądze. Takie działania dają się obronić miesiąc, dwa czy trzy, ale dłużej nie da się tak robić, bo w obliczu konkurencji robilibyśmy tak wcześniej. Trzeba więc dawać mniej sprzętu za mniejszą cenę. Także jakość i widowiskowość musiały się obniżyć. Do tej pory branża nie wróciła do poprzedniej formy. Rynek się w dużej mierze odbił i ustabilizował, ale nie powrócił do tej radości tworzenia i poszukiwania nowych rozwiązań. Próbujemy teraz operować w trudniejszych budżetach – takie jest moje wrażenie. Jak udało się zrobić event za mniej pieniędzy – dla wielu oznacza to, że można tak działać i tak należy już robić. Potaniały też technologie. Koniecznością był wydatek rzędu miliona dolarów za mały ekran cztery na trzy metry wiele lat temu, a dziś pewnie za tysiąc dolarów można kupić metr jakiegoś ekranu. Oczywiście najnowsze diody 4 mm do realizacji telewizyjnych kosztują dużo więcej, ale cokolwiek na duży event plenerowy można kupić taniej. Także budżety nie muszą wracać do poprzednich wartości. Nie doczekaliśmy się żadnych nowych przełomowych technologii. Jest wiele usprawnień. Sprzęt jest coraz lepszy: projektory są silniejsze, jaśniejsze i większej rozdzielczości, ekrany diodowe – podobnie, oświetlenie – jest trochę ledowego, ale to idzie procesowo, tu nie ma rewolucji – one ciągle współistnieją, ale pojawienie się źródeł ledowych nie wywołało gwałtownej zmiany. Pamiętam dobrze ten świetny moment z ekranami diodowymi: budżet na projektory, a budżet na ekrany diodowe to była wywrotka. Mieliśmy zmianę technologii, zmianę myślenia i zmianę budżetu. Na eventy musiało pójść dużo więcej pieniędzy. Dzisiaj nie mamy argumentów typu: „Mamy nową technologię, jeszcze fajniejsze rzeczy – dajcie więcej pieniędzy”. A ponieważ mamy kryzys, to nie jest już tak bardzo poszukiwane.

 

Jak w takim układzie wyglądają inwestycje w Triasie? Dokupujecie ciągle nowe, lepsze urządzenia czy okres stabilizacji oznacza stagnację technologiczną?

Około 2007 roku poczyniliśmy mnóstwo inwestycji. Z jednej strony to źle, ale z drugiej mieliśmy już tyle sprzętu, że mogliśmy bardzo okroić inwestycje. Odmroziliśmy je w 2012 roku i zrobiliśmy kilka znaczących zakupów: wewnętrzne diody 4 mm, zewnętrzne 8 mm, siatki ledowe, Mac Aury, trochę oświetlenia ledowego. Teraz już ostrożniej kalkulujemy zakupy. Wydaje mi się, że wyścig na rynku już się skończył. To czas dobierania produktów pod klientów. To już nie musi być wyścig o największy projektor czy największą diodę, ale ważnym jest, aby były one najlepiej dostosowane do potrzeb klientów.

 

Jaka jest obecna pozycja firmy Trias?

Trudno to określić, bo do tej pory nie było prowadzonych w tym temacie wartościowych metodologicznie badań. Myślę, że jest to pozycja czołowa. W multimediach naturalnie jakby wyżej, ale trudno też określić, czym są multimedia i jakimi wyznacznikami określać pozycję firmy. Jestem przekonany, że patrząc na nasz obrót, dobrym przybliżeniem będzie powiedzenie, że jesteśmy w pierwszej trójce. Jeśli chodzi o samo oświetlenie, może to być i czwarte czy piąte miejsce, bo mamy tu kilku istotnych graczy na rynku. Jeśli chodzi o multimedia, tu też trudno określić – taką pozycję trzeba by na bieżąco aktualizować, zależnie od tego, czy skupiamy się na diodach, czy na projektorach, ale myślę, że sumarycznie jest to poziom, o jakim powiedziałem. Kiedyś mieliśmy dwóch–trzech graczy. Jak się spotykaliśmy, trzeba było ustalić, kto jest pierwszy, ale kiedy obecnie mamy stu graczy, to już myśli się bardziej kategoriami pierwszej ligi, środka lub dostawcy lowcostowego.

 

Jest też tak, że firma taka jak Trias nie podąża za rynkiem, ale niejako wyznacza kierunki jego rozwoju.

Pod tym względem myślę, że ciągle jesteśmy w czołówce. Nie uciekamy od tej pozycji. Nie chciałbym przekazywać przez media wiadomości do naszych konkurentów, że my jesteśmy najlepsi, w związku z czym wy musicie być gorsi, bo tak nie jest. Szanujemy konkurencję, rozwinęło się w kraju wiele fajnych firm, wiele poległo, inne straciły pozycję, powstają też kolejne. Ale nie uciekamy od tego, że kiedy pojawia się nowa technologia, chcemy ją testować i ryzykować. Na to jesteśmy otwarci i jest to jeden z elementów strategii firmy. Firmy i rynek są obecnie bardziej dojrzałe. Zresztą tak jak my wszyscy. Rynek jest bardziej stabilny. Coraz więcej firm patrzy na biznes. Emocje czasami były złym doradcą. Na tym rynku zdarzało się sporo zagrań powodowanych emocjami, chociażby poprzez zaniżanie ceny czy niepotrzebne „wyścigi”. Te kilkanaście lat minęło, a nasza data urodzenia się przecież nie zmieniła.

 

Czy firma Trias działa także poza granicami kraju?

Naszym głównym rynkiem jest Polska. Tu strategia jest jasna, koncentrujemy się na naszym rynku. Ale są przykłady naszych działań na Słowacji, Ukrainie, w Austrii, we Francji, Niemczech – incydentalnie, ale się zdarzają.

 

Czy to jest tak, że staracie się tam zaistnieć?

Nie. Działamy tylko poprzez wypracowane relacje z naszego rynku. Aktywnie nie poszukujemy takich zleceń, ale na rynku istniejemy od 1999 roku, więc czasem mamy oferty na Litwie czy obecnie także w Niemczech. Kiedyś więcej zależało od posiadanego sprzętu. To było dominujące. Obecnie jest to bardziej relacja firma-firma, niekoniecznie patrząc na sprzęt. Zdarzają nam się także instalacje poza Polską. Obecnie w Moskwie, we Włoszech, na Węgrzech i w Bułgarii – głównie jeśli chodzi o multimedia. To wynika z międzynarodowego charakteru korporacji będących naszymi klientami. Jeśli zainstalowaliśmy im jakieś unikalne rozwiązanie w Polsce, to zlecają nam także pracę w innych swoich oddziałach. Ale nie poszukujemy aktywnie takich zleceń.

 

Kolejne pytanie dotyczy korzyści ze wstąpienia do Unii Europejskiej. Może oprócz tych eventów, które obsługiwaliście, jak Polska wchodziła do Unii, czy uroczystości rocznicowych – bardziej chodzi mi o dotacje unijne. Korzystaliście z nich?

Tak. Ze środków przedakcesyjnych i już po wejściu. Część środków na innowacyjność, na oprogramowanie. To zmniejszało ryzyko. Byliśmy w tym biznesie rozrywkowym dość rockandrollową firmą – szliśmy po krawędzi i inwestowaliśmy wszystkie zarobione pieniądze. Każda zdolność kredytowa była przekładana w sprzęt, więc jak pojawiła się Unia i można było trochę tego ryzyka podzielić, to chętnie z tego korzystaliśmy. Bez tego też byśmy funkcjonowali, ale dobrze, że te środki były. Choć trzeba tam zawsze mieć swoje pieniądze, wyłożyć je, potem czekać na zwrot, utrzymywać wskaźniki – takie są koszty takich dotacji. Było to pozytywne, ale nie kluczowe w rozwoju Triasu. Unia dała też wiele innych elementów. Otwarte granice, ujednolicenie stawek, stabilniejszą sytuację walutową, łatwiejszy dostęp do know-how. Mimo wszystko dużo trudniej operuje nam się w Moskwie niż na Węgrzech czy we Włoszech. To jest prawie nasz rynek – nie potrzebujemy wiz, pozwoleń; mamy podobne środowisko legislacyjne, sposób fakturowania. No i poczucie istnienia w branży trochę większej, bo europejskiej.

 

Ile osób obecnie pracuje lub współpracuje z firmą Trias?

Stale współpracujących jest bliżej dwustu niż stu osób. Nie mogę znać wszystkich, ale staram się każdego z nich poznać i z każdym porozmawiać. Oczywiście nie ma szansy, abym znał wszystkich, zwłaszcza nowych pracowników. Ale bardzo mnie cieszy, kiedy widzę te same twarze i to jest zawsze miłe spotkanie. Mamy wewnętrzne eventy, na których się spotykamy. Doroczna Akademia Triasu to stały element relacji z klientami i edukacji rynku. Tam też mogę się spotkać i porozmawiać z pracownikami, jak i z klientami. Dość szybko zauważyliśmy w Triasie wpływ edukacji. To jest proces ciągły. To też był jeden z kluczowych elementów naszego rozwoju. Jest wiele osób, które pracują w Triasie od jego pierwszych lat istnienia i to mnie bardzo cieszy. Są osoby, które miały największy wpływ na to, co się działo. Oprócz tych kluczowych dla rozwoju firmy postaci w każdej spółce jest po kilka, czasem kilkanaście osób istotnych dla jej rozwoju i działania. Jedną z ważniejszych rzeczy dla mnie jest to, że wiele osób już naprawdę długo ze mną współpracuję. Lubię stałą i długofalową współprace. To, że ludzie są związani z firmą. Dostają wtedy też dość duże pole do działania. Moim zdaniem jednym z elementów sukcesu są zaangażowani i pewni swej pozycji współpracownicy. Oczywiście jest pewna fluktuacja, ale osoby, które czują się związane z firmą, współtworzą ją. Przy tej liczbie przedsięwzięć rocznie ja sam nie mam szans mieć bezpośredniego wpływu na to, co się dzieje. To jest wspaniałe, że udało się zbudować zespół ludzi, którzy są odpowiedzialni i dalej rozwijają firmę.

 

Jak trafić do Triasu? Jak można zostać waszym pracownikiem?

Myślę, że proces rekrutacji na stanowiska czy to handlowe, czy techniczne jest procesem ciągłym w większości firm. A jak się dostać najlepiej? Myślę, że dobrą pracą. Na tak dojrzałym rynku dość trudno zaczynać pracę, będąc absolwentem szkoły. Gdzieś trzeba zdobyć te pierwsze szlify. I chyba takie firmy jak nasza nie są już najlepszymi do tego, bo te szlify można zdobyć przy mniejszych przedsięwzięciach. Jeśli ktoś tam wytrzyma i się wykaże, to opinia o jego pracy w branży może być najlepszym wyznacznikiem przy aplikacji tutaj. Staramy się wybierać ludzi, którzy dobrze rokują, ale świetnie byłoby przyjmować ludzi, którzy mają już jakieś doświadczenie. Są okresy, kiedy bardziej potrzebujemy pracowników, i tutaj ogłoszenia na stronie są wskazówką, jakiego typu pracowników akurat bardziej poszukujemy. Pracując w całym kraju, trudno przewidzieć, w którym mieście będziemy potrzebować wsparcia pracowników. Branża eventowa, mimo że się bardzo rozwinęła, jest zamkniętą i specyficzną branżą – ludzie się tu znają. Także myślę, że większość tych dobrych osób, które chcą aplikować, już kogoś z naszej firmy znają. Myślę, że to też jest dobra droga, aby powiedzieć: „Słuchajcie, chętnie bym z wami popracował” i wybadać, jaki będzie odzew.

 

Czy Trias to był dobry pomysł na biznes?

Nie wiem, co by było, gdybyśmy robili coś innego. Życie to przygoda, biznes to też przygoda. Jeśli mówilibyśmy tylko o cyfrach – pewnie znaleźlibyśmy milion lepszych biznesów, ale czy mi by się tam powiodło? Nie mam pojęcia. Ja jestem zadowolony, że taką branżę wybrałem, bo jest naprawdę wymagająca: to wiele wyzwań, wiele radości. W tej branży naprawdę się żyje i to jest jej urok, a nie tylko cyfry. Ale też nie możemy narzekać na to, co się udało zrobić. Zaczynaliśmy od kilku osób i jednego ekranu, dziś jesteśmy już trochę większą firmą. Na tym rynku zbudowaliśmy też wiele przyjaźni. Nie wiem, czy wszystkie branże tak funkcjonują, ale tu mamy wiele relacji personalnych. Oceniłbym całość jako bardzo dobry pomysł. Mogę tak powiedzieć, bo daliśmy sobie radę. Dla nas ta przygoda ciągle trwa. Ciągle czuję się, jakbym był młodym człowiekiem, po studiach, dopiero zaczynającym działania. Bardziej patrzę jednak do przodu, niż oceniam to, co działo się do tej pory. Jesteśmy zadowoleni z tego, gdzie jesteśmy dzisiaj i mamy mnóstwo planów na jutro.

 

rozmawiał

Łukasz Zygarlicki

Muzyka i Technologia

 

OBSŁUGA TECHNICZNA: Ves - www.ves.pl

CAŁY TEKST TEGO ARTYKUŁU
można przeczytać w Magazynie
Muzyka i Technologia
9/ 2013
ZAMÓW

NAJNOWSZE WYWIADY

ARCHIWUM

NADCHODZĄCE WYDARZENIA



PRENUMERATA PAPIEROWA


Ekskluzywne wydanie papierowe!
ZAMÓW
OSZCZĘDNOŚĆ I WYGODA

PRENUMERATA ELEKTRONICZNA


Przeczytaj jako pierwszy!
Ściągnij na tablet i smartfon
ZAMÓW (iOS)
ZAMÓW (Android)