Google Analytics
2570
Udostępnij
Udostępnij
Wyślij link
Wywiady > Transcolor – konsekwentny rozwój
14-05-2014

Transcolor – konsekwentny rozwój



Transcolor to jeden z największych usługodawców na krajowym rynku w zakresie szeroko pojętego oświetlenia scenicznego (i telewizyjnego), konstrukcji scenicznych oraz multimediów. Historia firmy sięga początków polskiego kapitalizmu, a nawet jeszcze dalej, bo jej początki to lata osiemdziesiąte, kiedy to Lucjan Siwczyk jako pracownik katowickiego Spodka zaczął na poważnie fascynować się możliwościami oświetlenia scenicznego. Dwadzieścia pięć lat później jako właściciel jednej z największych firm w branży wybudował własne hale zdjęciowo-produkcyjne. Obecnie sprawia wrażenia człowieka, który bardziej martwi się o przyszłość swoich pracowników niż samego siebie. Lucjan Siwczyk to z pewnością człowiek odnoszący sukces, to też spokojny pan w średnim wieku, ze sprecyzowanymi poglądami, dystansem do rzeczywistości, raczej spokojnie patrzący w przyszłość. To człowiek, który nie chce już podejmować ryzyka, ale który jako młody człowiek dzięki determinacji, chęci rozwoju i poświęceniu sprawie zbudował podstawy dobrze prosperującej firmy i przez kolejne lata konsekwentnie ją rozwijał. Z Lucjanem Siwczykiem – właścicielem, i Szymonem Kosickim – szefem technicznym Transcoloru, mieliśmy okazję porozmawiać (o przeszłości, obecnym stanie firmy, rynku oświetleniowego i szerzej: gospodarki, a także o wizji przyszłości) w siedzibie firmy w Szeligach pod Warszawą.

 

Łukasz Zygarlicki, MiT: Pierwsze pytanie jest dość oczywiste: jak zaczęła się pana przygoda ze światłem i jaka jest geneza powstania firmy Transcolor?

Lucjan Siwczyk, Transcolor: Przypadkiem trafiłem do Spodka w Katowicach, jako zwykły elektryk, i zafascynowało mnie światło: to akurat był taki boom, lata 1982/1983, było wtedy mnóstwo koncertów. Jak zobaczyłem koncert Eltona Johna w osiemdziesiątym czwartym roku i te fantastyczne światła, jeszcze oczywiście nieruchome, a ja wówczas byłem już w Estradzie Śląskiej i robiłem koncerty używając kilkunastu reflektorów, to wówczas lekko się załamałem. To wydarzenie zmobilizowało mnie do tego, aby spróbować zrobić coś samemu. I to może jest banalne, ale w ciągu półtora roku wykonałem własnoręcznie sto dwadzieścia reflektorów, łącznie z mikserem, dimmerami (z pomocą znajomego elektronika) i stworzyłem własne światła, własną firmę. Nazywała się Oświetlenie Estradowe Lucjan Siwczyk. Oczywiście było to ciągle hobby, dorabiałem po prosu do pensji. Ale przez te kilka lat do końca lat osiemdziesiątych mój sprzęt był chyba najbardziej profesjonalnym w południowej Polsce. Działaliśmy w okręgu katowickokrakowskim i robiliśmy nawet takie rzeczy jak Rawa Blues czy Odjazdy… oczywiście w katowickim Spodku. Nikt inny wtedy nie miał stu dwudziestu reflektorów.

 

Jak wówczas wyglądała konkurencja? Można w ogóle mówić o rynku oświetlenia w tamtych czasach?

Lucjan Siwczyk: Dramatycznie. Dość powiedzieć, że wówczas PAR 64 kosztował pięćdziesiąt dolarów, żarówka do niego drugie tyle, a myśmy wówczas zarabiali ok. dwudziestu dolarów miesięcznie (tyle wynosiła przeciętna pensja). Ja, jak już wspomniałem, własnoręcznie wykonałem sto dwadzieścia „reflektorów” na wzór PAR-ów 64 z rynien spustowych, które zamówiłem w firmie blacharskiej. A rynek? W sumie nie wiem, jak wyglądał, to były jeszcze czasy głębokiego PRL-u. Zespoły rockowe typu Perfect, Manaam czy Lady Pank grały koncerty, gdzie światła były kompletnie nieważne. Coś tam mrugało, było kolorowo i było fajnie. Profesjonalnie zaczęło się robić po przełomie '89, kiedy wszystko zaczynało się normować. Zwróciliśmy się w stronę Zachodu i zaczął istnieć rynek; zafunkcjonowały wartości dające się przeliczać na pieniądze. Już od dziewięćdziesiątego drugiego roku zacząłem inwestować w profesjonalny sprzęt typu: scanery Martina, konstrukcje Tomcat czy PAR-y firmy Thomas.

 

Od początku swojej działalności wiązał pan przyszłość z interesem oświetleniowym?

Lucjan Siwczyk: Początki były zupełnie hobbystyczne. W latach osiemdziesiątych miałem etat w Estradzie Śląskiej – obsługa koncertów, imprez okolicznościowych. Oświetlałem występy takich artystów jak: Irena Santor, Irena Jarocka, zespół Vox, Andrzej Rybiński i wielu innych. My byliśmy pracownikami, a Estrada miała pod swoją opieką pewnych artystów a myśmy ich obsługiwali. Kiedy już miałem swoje światła, to stopniowo oferowałem mojej macierzystej firmie mój – lepszy sprzęt. Za jakieś tam marne (choć relatywnie duże względem pensji) pieniądze Estrada lub też inne firmy artystyczne wynajmowały od nas światło do imprez, jak to było na przykład w przypadku wspomnianych Odjazdów. W latach 1988–1989 zarabiałem już na tyle sporo, że nawet trochę odłożyłem na inwestycje. Potem nastąpił przełom, założyłem z przyjacielem firmę transportową, która przyniosła mi spory dochód, i wszystkie te pieniądze stopniowo przeznaczałem na inwestycje w to moje hobby koncertowo-oświetleniowe. I wówczas już zaczęliśmy się bardzo szybko rozwijać. Mając stały dochód z tej mojej działalności transportowej, stać mnie było na poważne zakupy profesjonalnego sprzętu na Zachodzie. Dzięki temu coraz częściej pracowaliśmy dla stacji telewizyjnych i agencji koncertowych, obsługując również zagraniczne zespoły.

 

Wrócę do pytania o firmę i jej początki: czy profesjonalne działania na jakimś konkretnym poziomie jakościowym to było pana główne założenie?

Lucjan Siwczyk: Raczej nie. Po prostu jak każdy młody człowiek, chciałem robić coś sensownego, nie miałem jednak żadnych konkretnych planów. Mnie to trochę bawiło, dawało satysfakcję, a jednocześnie dochód. W latach osiemdziesiątych techniczna strona branży rozrywkowej była bardzo uboga, „siermiężna”. Technicy jeżdżący w trasy koncertowe, obsługujący różne imprezy nie zawsze zachowywali się profesjonalnie. Często bardziej ich interesowało, aby po koncercie się zabawić, niż by porządnie poskładać sprzęt. Ja zawsze byłem punktualny, uprzejmy, trzeźwy. Gdy patrzyłem (w Spodku), jak przyjeżdżały zachodnie ekipy, to my byliśmy tacy sami, tylko nie mieliśmy tak dobrego sprzętu. My – bo miałem dwóch, trzech kolegów, którzy ze mną pracowali, a z czasem to się stopniowo rozrastało. Dzisiaj, kiedy mamy w firmie ponad czterdzieści osób i większość z nich jest u nas kilka lub kilkanaście lat – możemy mówić o gronie profesjonalistów. Jesteśmy z pewnością nie gorsi niż ekipy zachodnie, co dla nas jest sukcesem. Bo sprzęt dzisiaj każdy może sobie kupić, jak go stać albo gdy weźmie kredyt. Ale system pracy i ludzie, to już inna sprawa. My staramy się być elastyczni i zawsze spełniać wymogi klienta. Jesteśmy usługodawcą dla artysty. Jak mi kiedyś powiedziała śp. pani Hanka Bielicka: „Jak pierwszy widz wchodzi na salę, to scena staje się święta”. Nie wolno tam już wchodzić, niczego poprawiać. Scena należy do artystów. Wydaje mi się, że ta zasada powinna przyświecać każdemu, kto aspiruje do zaistnienia w tej branży. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych wiele razy na koncertach naszych rodzimych gwiazd często scenę otaczał wianuszek różnych znajomych. To brak poszanowania sceny. Obsługa techniczna powinna być niewidoczna dla widza. Najważniejszy jest artysta i widz, który zapłacił za bilet. Dlatego tak ważne jest, aby wszystko zaplanować i przygotować wcześniej. Drugą sprawą jest wycena naszych usług. Zazwyczaj uzgadniane są one przed koncertem i kiedy w trakcie realizacji wychodzą czasem jakieś nieprzewidziane trudności, dodatkowe prace, nawet jeżeli nie było tego w kosztorysie – robimy wszystko, aby koncert czy impreza na tym nie ucierpiała. Tu trzeba być elastycznym, nawet jeśli pewnych rzeczy nie da się przewidzieć, staramy się zawsze zrobić coś do końca tak, żeby było dobrze. Zwłaszcza obecnie, kiedy kosztorysy są obcinane na każdym etapie.

 

Zaczęło się od rynku scenicznego, koncertowego. To były lata dziewięćdziesiąte, później pojawiła się telewizja…

Lucjan Siwczyk: Na początku lat dziewięćdziesiątych obsługiwaliśmy duże trasy: De Mono, Varius Manx czy nieco później Kayah. To był czas, kiedy polskie wytwórnie fonograficzne były polskie i były jeszcze zainteresowane promowaniem polskich zespołów. Te trasy promocyjne na ówczesne warunki były bardzo profesjonalnie zorganizowane. My tam stawialiśmy konstrukcje i dawaliśmy całkiem niezłe światło. Oczywiście zachodnie gwiazdy nadal przywoziły ze sobą własną technikę. Jednak coraz częściej ich promotorzy, widząc, że w Polsce są również coraz bardziej profesjonalne ekipy, stopniowo zaczęli korzystali z naszych usług, my powoli, dokupując wysokiej jakości sprzęt pod koniec lat dziewięćdziesiątych, coraz częściej obsługiwaliśmy zagraniczne zespoły, a stamtąd przyjeżdżał tylko realizator światła, wcześniej przysyłając tzw. rider. Jeśli chodzi o telewizję, to po powstaniu Polsatu zdarzało nam się czasem obsługiwać ich programy, np. gale boksu lub koncerty disco polo. TVP również zlecała nam obsługę różnych produkcji plenerowych oraz festiwali. Jednak przełomem dla nas i dla całej branży TV, było powstanie stacji TVN-u i wejście Endemola na polski rynek. Jak już wspomniałem, tak naprawdę powstanie TVN-u zrewolucjonizowało rynek programów telewizyjnych – powstały duże show, które wymagały olbrzymiej liczby świateł. Myśmy podjęli spore ryzyko, inwestując w sprzęt i nowe technologie. Ale ryzyko się opłaciło. Przez wiele lat pracując głównie dla TVN-u, a potem również w coraz większym stopniu dla TVP i POLSATu staliśmy się jedną z największych firm oświetleniowych w Polsce.

 

Jak do tego doszło, że Endemol zgłosił się do was? Podejrzewam, że wcześniej nie mieliście możliwości zdobycia dużego doświadczenia w produkcjach telewizyjnych?

Lucjan Siwczyk: Trochę jednak mieliśmy, ponieważ od początku lat dziewięćdziesiątych pracowaliśmy też dla TVP. Na przykład w krakowskim Łęgu były organizowane cyklicznie koncerty: Kazik na żywo, DeMono, Various Manx, Waglewski – wszyscy, którzy wtedy byli na topie. Myśmy dostarczali światło, bo Telewizja Polska wtedy tak dobrego sprzętu nie miała. Poza tym była Rawa Blues, którą telewizja regularnie transmitowała i myśmy ją oświetlali, tak na marginesie to oświetlamy ten festiwal już ponad dwadzieścia lat. Jak przyszedł Endemol, to trafił do nas poprzez rekomendację realizatorów TVP. Początkowo holenderska firma Flash Light dostarczała sprzęt, a myśmy ich uzupełniali, ale po paru miesiącach i dokupieniu sprzętu wystarczało go nam już na te pierwsze produkcje. I tak do dzisiaj współpracujemy z TVN-em i obsługujemy im duże realizacje.

 

To wyznaczyło drugi bardzo ważny w działalności firmy rodzaj realizacji…

Lucjan Siwczyk: Tak, show telewizyjne. Za tym poszły festiwale: TOPtrendy, Sopot Festival, Heineken Opener i festiwale w Opolu.

 

 Czym się różni realizacja nagrań programów od festiwali z publicznością transmitowanych w telewizji?

Szymon Kosicki: Show telewizyjne robione w halach zdjęciowych robi się typowo pod kamery. Ustawia się światła i wszelkie kadry pod jej oko (a nie dla zadowolenia publiczności), publiczność jest często elementem scenografii. Na festiwalu trzeba jedno z drugim pogodzić. Czyli trzy tysiące ludzi na widowni i parę milionów przed telewizorami. Oczywiście te miliony przed telewizorami są ważniejsze, bo obraz dla telewizji jest ważniejszy, niemniej ta cała „kuchnia produkcyjna” – światła, operatorzy, elementy techniczne – jest też ciekawa dla publiczności. Im to nie przeszkadza, często są tego ciekawi, choć sami są często traktowani jako element show. Myśmy się tam też mocno rozwijali i dużo uczyli. To jednak jest plener, np. amfiteatr w Sopocie to wbrew pozorom typowy plener, a deadline telewizyjny nie pozwala na błąd, sytuację, że coś może nie zadziałać. Systemy musiały być „backupowane”, odpowiednio (nadmiarowo) skonfigurowane i zabezpieczone. Generalnie: to, że staliśmy się zawodowcami, zawdzięczamy głównie TVN-owi. Dla nich to też było korzyścią, że mieli tak sprawną ekipę.

 

Powoli dochodzimy do przełomu lat 2007 i 2008, kiedy zaczął się tzw. kryzys i gospodarka zwolniła. Proszę powiedzieć, w jakiej kondycji był wówczas Transcolor i w jaki sposób ten czas dotknął firmę?

Lucjan Siwczyk: Początki millenium, lata 2003– 2005, to ustawiczny rozwój. Dostawaliśmy coraz więcej zleceń, dokupowaliśmy sprzęt, przyjmowaliśmy nowych ludzi do pracy. Mieliśmy wtedy dość mocną selekcję. Od kilku lat mamy ustabilizowany skład. W większości ludzie utożsamiają się z firmą, mamy zgrany zespół. W dwutysięcznym roku wybudowaliśmy magazyn z biurem, który po paru latach okazał się kompletnie za mały. Przybywało sprzętu i nie byliśmy w stanie go pomieścić. W 2007 roku podjęliśmy decyzję, że budujemy dużą halę magazynową, z dokami załadunkowymi etc. – profesjonalnie. I oczywiście na fali prosperity uznaliśmy, że przy okazji wybudujemy też hale zdjęciowe. A to ze względu na to, że od nastu lat obsługiwaliśmy nagrania programów w halach, które ze zdjęciowymi nie miały nic wspólnego. Zwykle były to hale fabryczne, magazynowe, które zostały prowizorycznie przystosowane do nagrań telewizyjnych. My musieliśmy się w nich zawsze najwięcej napracować i brać najwięcej odpowiedzialności za bezpieczeństwo. Zdecydowaliśmy więc, że wybudujemy profesjonalne hale zdjęciowe i pokażemy, jak to powinno wyglądać.

 

To był ryzykowny pomysł – czy mieliście niemal pewny szybki zwrot inwestycji?

Lucjan Siwczyk: To było ryzykowne, ale wtedy zakładaliśmy, że w ciągu kilku lat ta inwestycja nam się w całości zwróci. Firma ATM we Wrocławiu wybudowała profesjonalne hale i dawała radę. Więc my też wybudowaliśmy. Zaczęliśmy w 2008 – w 2009 były gotowe, no i zaczął się kryzys. Ale do nas od razu przeniósł się „Taniec z Gwiazdami” z Ursusa (z hali – dawnej malarni traktorów) i tak kroczek po kroczku przyzwyczailiśmy rynek, że u nas są dwie hale, w których można robić duże produkcje. Nadal jednak w całym wolumenie naszej sprzedaży (czy jak to nazwać) wynajem tych hal stanowi paręnaście procent obrotu, bo główna nasza działalność to oświetlanie koncertów i programów telewizyjnych na zewnątrz. Ryzyko nie było więc bardzo wysokie. Mimo że kryzys spowodował stopniowe obniżenie cen na wszystko, to nadal trochę zarabialiśmy. Jeśli powstawał jakiś nowy program u nas, to siłą rzeczy my go obsługiwaliśmy, to znaczy dostarczaliśmy sprzęt. To jest zrozumiałe: jeśli sprzęt jest na miejscu, to po co go przywozić? Więc często oba obszary naszej działalności się wspomagają i uzupełniają.

 

A zdarza się, że inna firma wwozi swój sprzęt do waszych hal?

Lucjan Siwczyk: Raczej nie, może sporadycznie, głównie przy jakichś eventach. Teraz na przykład agencje filmowe i reklamowe mają stałą umowę z niektórymi firmami, ale dotyczy to głównie światła filmowego. My tam nawet nie walczymy o rynek, bo nie mamy takiego sprzętu.

Szymon Kosicki: Zdarza się, że także przy tego rodzaju realizacjach potrzebne jest światło koncertowe czy efektowe, wtedy je od nas dostają, ale zasadniczo to jest inna działalność.

Lucjan Siwczyk: O kryzysie mogę powiedzieć tak: w pewnym sensie on nam wcale nie zaszkodził, jeśli chodzi o naszą inwestycję, działalność oświetleniową, ponieważ inwestowaliśmy w czasie rozwoju. Dziś staramy się dużo racjonalniej wydawać pieniądze, raczej oszczędzamy, a zarabiając mniej, nie robimy deficytu. Mamy ciągle płynność finansową. Nie jest z nami źle.

Szymon Kosicki: Z czasu prosperity mamy sporo sprzętu. Zbudowaliśmy spore jego zaplecze.

Lucjan Siwczyk: Mamy go obecnie nadmiar. Do tego jest prawie w całości spłacony, więc nie musimy się martwić, że nie wystarczy nam na spłatę kredytu czy leasingu. Możemy więc wynajmować taniej. Nie chcemy oczywiście dumpingować rynku, ale takie mamy czasy, że nieraz musimy mocno obniżać cenę. Tak naprawdę moim głównym problemem jest utrzymanie ekipy i ich płacy na przyzwoitym poziomie. Sprzęt co najwyżej nie zarabia albo zarabia mniej. Życie jest coraz droższe, a nasi pracownicy to głównie młodzi ludzie, którzy ciężko pracują, większość czasu są poza domem, często mają kredyt mieszkaniowy, mają małe dzieci itd. Ci ludzie muszą zarabiać. Proporcje miedzy pensjami a zyskiem firmy znacząco się zmieniły. Można powiedzieć, że kiedyś na płace firma wydawała ok. 30%, a dziś jest to ponad 50%. To pokazuje, że firma ma mniej pieniędzy na inwestycje.

 

Czy możemy powiedzieć, że była to korekta dla firm pokazująca, na jakim poziomie możliwy jest realny zysk z działalności w bardziej stabilnej sytuacji?

Lucjan Siwczyk: Widzę to jeszcze gorzej: u nas dopiero się to pojawi. My jako rozrywka jesteśmy emanacją całości gospodarki: kryzys najpierw dotyka pracowni architektonicznych, projektowych, potem firm budowlanych, następnie dopiero tych, którzy żyją z reklam, a te z kolei napędzają rynek. Jeśli ludzie mniej kupują, bo mniej zarabiają, to budżety reklamowe stają się mniejsze. Do naszej branży więc dopiero ten kryzys dociera, dwa lata temu w zasadzie go nie było, ale będzie za to, obawiam się, jeszcze za kolejne dwa lata. Dlatego trzeba przygotować się na jeszcze większe zaciskanie pasa.

 

Nie ma więc mowy o inwestycjach w najbliższym czasie. A jak to się ma do rozwoju technologicznego? Jeszcze niedawno mogliśmy ten rozwój śledzić na bieżąco na scenach i ekranach telewizorów.

Lucjan Siwczyk: Na pewno brak pieniędzy na inwestycje powoduje, że technologicznie trochę się starzejemy. Nie będziemy nadążać. Szczęśliwie jednak nie ma już takiego rozwoju. To obecnie są już drobniejsze modyfikacje. Pomyśleć, że trzydzieści lat temu VariLite wypuścił pierwsze ruchome głowy, piętnaście lat temu inne firmy zaczęły takie urządzenia masowo produkować i nasyciły tym rynek. Tak naprawdę nic nowego później nie wymyślono. Oczywiście doszło światło ledowe, natomiast to nie jest aż taka rewolucja. Dobrym przykładem jest zmiana sytuacji na rynku: pięć–dziesięć lat temu dostarczaliśmy swój sprzęt dla zagranicznych produkcji. Firmy międzynarodowe, agencje koncertowe zatrudniały miejscowe ekipy, które zapewniały sprzęt. Od dwóch–trzech lat, tak nie jest. Większość produkcji przyjeżdża do nas ze sprzętem z Zachodu. Mimo że relatywnie nasze usługi są tańsze od firm zachodnich to jednak opłaca im się również w Polsce zarabiać.

 

Czy firma Transcolor działa tylko na rynku polskim, czy też poza granicami?

Lucjan Siwczyk: Działamy głównie w kraju. Poza Polską to sporadyczne zlecenia. Mamy zaprzyjaźnione firmy w Belgii, w Czechach, w Niemczech które czasem dopożyczają od nas sprzęt. Ale nie atakujemy rynków zagranicznych, poza tym one się dość dobrze chronią. Wydaje mi się, że u nas prawo nie chroni polskich firm, a my, pracując na Zachodzie, jesteśmy podwójnie sprawdzani. Tam się nas nie wpuszcza. W Polsce większość dużych agencji koncertowych nie jest polska, więc i nie bronią interesów polskich firm. Obsługujemy duże festiwale – Heineken, Coke czy Orange, ale w większości gwiazdy na pojedyncze koncerty przyjeżdżają ze swoim sprzętem. To uważam za naturalne. My nie mamy rodzimych gwiazd światowego formatu które ciągnęłyby naszą technikę ze sobą na Zachód.

 

A druga strona Europy?

Lucjan Siwczyk: Rynek wschodni jest obiektywnie trudny z różnych względów. Rynek rosyjski jest bogaty. Ale tam, jeśli potrzeba, to jeden oligarcha kupuje tysiąc reflektorów i nic nie muszą pożyczać. To chyba tak tam działa. Choć sama Moskwa to duży rynek. Według mnie tamten kierunek jest ryzykowny, delikatnie mówiąc.

 

W Europie i na świecie mamy duże firmy wypożyczające sprzęt, ogólnie firmy posiadające sprzęt coraz częściej nazywa się wypożyczalniami, a przecież potrzebni są doświadczeni i wyedukowani ludzie do obsługi tych urządzeń. Jak na tym polu zmienia się rynek?

Lucjan Siwczyk: Na Zachodzie mamy zespoły techniczne i agencje, które zatrudniają tych ludzi. Ale tu już mówimy o dużych wypożyczalniach i dużych koncertach czy trasach koncertowych. Zwykle w średnich i mniejszych firmach jest i sprzęt, i ekipa. Może to jest już dziś trochę archaiczne: my powstaliśmy jako firma oświetleniowa i wszystkim chcieliśmy się zajmować. Mieć sprzęt, obsługiwać go i realizować nasze pomysły. Już pracując dla telewizji, jedynie dostarczamy sprzęt i jego obsługę, a light designer jest z zewnątrz. Być może stopniowo będziemy musieli przeobrazić się w firmę rentalową. Zdarza się i teraz, że pożyczamy sam sprzęt. Staramy się być elastyczni. Trudno powiedzieć, jak rynek będzie się rozwijał.

 

Kolejny temat to dotacje europejskie.

Lucjan Siwczyk: Jestem im przeciwny. Myśmy raz starali się o dotację na rozwój, budując halę. Straciliśmy tylko kilkanaście tysięcy złotych, bo firma, która przygotowywała nam wniosek, nie podołała zadaniu. Chcąc otrzymać dotację, we wniosku miałem się zobowiązać się do rzeczy, których nie byłem w stanie wypełnić. Na koniec dostałem zapewnienie, że nie muszę się martwić o kontrolę tych zobowiązań. To mi pokazało, z jakimi „sztucznościami” wiążą się dotacje. Zrezygnowałem. Generalnie dotacje powodują jeszcze większą korupcję. Większość przyznawana jest uznaniowo, jedna grupa urzędników założyła firmy doradcze i pisze wnioski i biznes plany w imieniu przedsiębiorców, oczywiście inkasując sporą prowizję, druga grupa urzędników w urzędach te wnioski akceptuje. W przypadku dotacji dla inwestycji instytucji publicznych jest jeszcze gorzej; gminy muszą mieć tzw. wkład własny więc biorą kredyty, w bankach zachodnich (bo polskich już nie mamy), a przetargi wygrywają duże firmy zachodnie i tym sposobem pieniądze wracają tam, skąd przyszły.

 

A jak wygląda sytuacja zatrudnienia w was w firmie?

Lucjan Siwczyk: Jest to raczej współpraca długoterminowa. Teraz w zasadzie nie ma rotacji na stanowiskach. Pracuje u nas około czterdziestu osób.

Szymon Kosicki: Myślę, że przydałyby się ze dwie młode osoby tuż po technikum, chociaż obecnie nie jest to dobry czas na zatrudnianie nowych pracowników. Większość ludzi pracujących w Transcolor jest naszymi wychowankami, z innych firm przyszły do nas trzy, może cztery osoby. Mamy własny sposób pracy i podejście do niej.

Lucjan Siwczyk: To też jakość pracy i samokontrola. Jesteśmy zależni od rynku, ale wierzę, że trzymając poziom, będziemy potrzebni.

 

Młodzi ludzie, patrząc na efekt pracy firm takich jak wasza, na te piękne sceny, mogą się tym szczerze zafascynować. Często decydują się też o próbie związania przyszłości czy rozwoju z branżą i tu czasem pojawia się dysonans, kiedy przez wiele lat z tym efektem mają niezbyt wiele wspólnego, bo zajmują się głównie ładowaniem i rozładowywaniem ciężarówek, co ma stosunkowo mało wspólnego z kreowaniem scenografii.

Szymon Kosicki: Ja to nazywam systemem McDonalda, tzn. jeśli ktoś chce otworzyć restaurację, musi przejść wszystkie stopnie, zaczynając od sprzątania. To świetny system. U nas jest podobnie, zawsze ktoś młody zaczyna od pchania case’ów i zwijania kabli. I to nie jest tak, że ja ich w pewnym momencie namawiam do nauki obsługi konsolety – to już samo wychodzi. To już kwestia pracy i determinacji. A nawet to pchanie case’a i rozwijanie kabli składa się na efekt całościowy.

Lucjan Siwczyk: Czasami ci młodzi chłopcy po wykonaniu swojej pracy już na próbach, przy programowaniu, z nieprzymuszonej woli obserwują, co się dzieje a część z nich znika, wraca do hotelu, odpoczywają. Jak kogoś dalej to kręci, zostaje na próby, na sztukę – to widać, że w końcu sam spróbuje.

Szymon Kosicki: U nas wszystko niejako samo już działa. Właśnie dlatego, że ludzie wiedzą, co mają robić, nie trzeba ich pilnować. Nie pracują pod przymusem, lubią to, co robią. Jak daję szefowi ekipy listę sprzętu, to już dalej nie muszę pilnować, czy dogada się z realizatorem – to po prostu sposób pracy. Nikt tu nikomu nie patrzy na ręce.

Lucjan Siwczyk: Czynnik finansowy jest oczywiście bardzo ważny.

Szymon Kosicki: Wielu chłopaków, jak tutaj przyszło, nie zwracało uwagi na pieniądze. Ja też tak zaczynałem. To zaczyna się z pasji.

Lucjan Siwczyk: Ważne, żeby działać racjonalnie. My jesteśmy relatywnie niedużą firmą w pewnej niszy; nam się udało, ale jesteśmy przykładem, że kroczek po kroczku można w danej branży zbudować coś w miarę trwałego. Teraz jest trudniej, ale ja jestem dobrej myśli. To już jest obecnie stabilna firma z potencjałem, a za jej rozwój odpowiedzialni są już w coraz większym stopniu moi pracownicy, nie ja sam.

 

Czy pozwalacie swoim ludziom pracować poza Transcolorem? Robić jakieś drobniejsze rzeczy w tym zakresie samemu?

Lucjan Siwczyk: To się odbywa po uzgodnieniu. Zwłaszcza kiedy u nas nie ma akurat tyle pracy. Często jakiś zespół prosi taką osobę o współpracę. Jak najbardziej. Nawet czasami podnajmujemy im trochę sprzętu. Staramy się jednak pilnować, aby naszego know-how nie oddawać za darmo konkurencji. Zdarza się, że przegrywamy coś, a potem nasz człowiek dostaje propozycję obsługi takiego wydarzenia. Wtedy mówimy: nie.

 

Dużo osób od was odeszło na swoje, osiągając w jakiejś mierze sukces?

Lucjan Siwczyk: Marcin Michna – obecnie jest samodzielnym realizatorem światła. U nas był technikiem, operatorem i realizatorem. Ostatnie lata głównie pracował dla TVN-u. Obecnie pracuje za granicą. Czuję z tego powodu dumę. Realizatorzy w dużej mierze mają wpływ na wybór wykonawcy. Jeśli Marcin chce pracować z Transcolorem, to dla nas duży plus. Drugim takim człowiekiem jest Jacek Chojczak. Trzecim będzie pewnie Michał Parzych. Bardzo zdolny chłopak – ma przed sobą świetlaną przyszłość. To są takie trzy nazwiska, którymi możemy się poszczycić.

 

Light designerzy to też ludzie decydujący o wyborze sprzętu, a nie ma ich tak wielu w kraju. Walczycie jakoś o ich względy? Zabiegacie o nich? Jak to wygląda na rynku?

Lucjan Siwczyk: Nie zabiegamy o ich wzglę dy. W Polsce jest czterech, może pięciu topowych light designerów. Każdy z nich chce tworzyć jak najlepsze realizacje. Chcą też użyć najlepszego sprzętu i sprawnych ludzi do obsługi. Dzięki temu przecież buduje się swoją markę. Ogranicza ich jedynie budżet, jakim dysponuje organizator koncertu czy festiwalu. Jest jasne, że tak jak w każdej branży firmy wykonawcze w różny sposób lobbują swoje usługi i rodzaj sprzętu u tych, którzy projektują. Czasem też producent narzuca realizatorowi konkretną firmę, z którą chce pracować. Mogę mówić tylko za siebie – my nie lobbujemy, Jeśli ktoś nas rekomenduje i zaprasza do pracy, to wierzę, że tylko ze tylko względu na naszą dobrą jakość.

 

Czy firma Transcolor współpracuje z innymi krajowymi firmami?

Lucjan Siwczyk: Zdarza się. Czasami pożyczamy sobie sprzęt.

Szymon Kosicki: Zwykle nie ma takiej potrzeby, aby łączyć się z inną firmą. Jeśli dostajemy zlecenie, w 99% przypadków jesteśmy w stanie wykonać je samodzielnie. Zdarza się, że pożyczamy sobie pojedyncze urządzenia po rynkowych cenach.

Lucjan Siwczyk: Ta cena też zależy od konkretnej sytuacji. Bywa niższa, bywa wyższa niż cena dla klienta końcowego, ale i tak jest to rozwiązanie opłacalne dla firm.

 

Transcolor od początku był firmą oświetleniową i na takich urządzeniach się skupiał, ale na pewno były też chęci rozszerzenia zaplecza sprzętowego?

Lucjan Siwczyk: Mieliśmy chęć rozszerzenia go o multimedia. Scenografia telewizyjna zaczęła być multimedialna (czyli wszelkiego rodzaju diody). Troszkę zaryzykowaliśmy i kupiliśmy sprzęt Barco: MiTrix, MiStripy oraz projektory. Na tym się zatrzymaliśmy, widząc, że rynek nie jest już specjalnie chłonny i chwilę później zaczął się kryzys. Dioda też świeci, więc scenografia multimedialna i światło tworzy jeden obraz. Światło musiało współdziałać. Jeden operator czy dwóch zarządzało całością obrazu. Myślę jednak, że już ludzie zaczynają mieć nieco dosyć scenografii diodowej. Oczywiście jest ona wygodna, bo graficznie można przedstawić tam wszystko. Jest to potężna technologia. Do dziś używamy naszych MiTrixów i MiStripów w realizacjach telewizyjnych. Poza samymi diodami ogromne znaczenie ma oprogramowanie i ono też kosztuje. My jako firma zatrzymaliśmy się inwestycyjnie na poziomie sprzed pięciu lat, chociaż sprzęt, w który zainwestowaliśmy kilka lat temu, nadal jest wysokiej jakości – kosztowna inwestycja z perspektywy czasu się opłacała. Zrezygnowaliśmy z zakupu diody wysokiej rozdzielczości. Jest jej na rynku na tyle dużo, że inwestycja byłaby nieopłacalna.

 

Jak to jest technicznie czy organizacyjnie u was rozwiązane – czy diody i multimedia to osobna działka, inne pole działań, czy jedynie dodatek do oświetlenia?

Lucjan Siwczyk: Raczej dodatek. Mamy grupę osób zajmujących się multimediami, ale oni także pracują przy świetle. Tak samo z obsługą projektorów Christie. Nie zajmujemy się realizacją wideo – od tego jest już na rynku kilka niezłych firm. Te multimedia, które posiadamy, są elementami scenografii i zazwyczaj są sterowane przez media serwer z konsolety. Ewentualnie współpracujemy tylko z grafikami. Traktujemy to jako dodatek, ale i część Transcoloru – nie będziemy tworzyć osobnego działu. U nas zawsze cała ekipa pracuje razem i do pewnego momentu wszyscy robią wszystko.

 

Jak przewidujecie: co się zmieni w najbliższym czasie, jeśli chodzi o realizacje – nawet jeśli nie będą to nowe urządzenia? Czego nowatorskiego możemy się spodziewać na rynku?

Szymon Kosicki: Kiedyś przełomem było pojawienie się skanerów, potem głowic, ostatnio LED-ów, ale teraz nie szykuje się nic takiego. Nie będzie przełomu. Może będzie to pójście w wirtualny świat. Może nie trzeba będzie budować scenografii. Obecnie dużo robi się już w greenboksach. Może to pokazuje przyszłość… Wydaje mi się, że wbrew pozorom bardziej rozwija się rynek koncertowy. Co roku koncertów jest coraz więcej. Nie wiadomo, ile ten rynek jeszcze będzie mógł się rozwijać, ale ciągle jest w stanie przyjąć ich coraz więcej.

 

A jak widzicie przyszłość firmy?

Lucjan Siwczyk: Dopasowujemy się do potrzeb rynku. Mimo wszystko mam nadzieję, że nadal będzie dla nas miejsce. Dla mnie jednym z głównych celów jest utrzymać ekipę, bo to ona dzisiaj stanowi o naszej sile i jakości. Przyszłość firmy tak naprawdę zależy od naszych ludzi. Już od kilku lat coraz więcej spraw prowadzi Szymon Kosicki. I robi to bardzo dobrze. Moja rola ogranicza się coraz bardziej do kontroli i podejmowania strategicznych decyzji. Myślę, że jest to dobry kierunek, aby ludzie, którzy wyrośli w tej firmie, dzisiaj wzięli za nią odpowiedzialność.

 

 

rozmawiał
Łukasz Zygarlicki
Muzyka i Technologia

 

OBSŁUGA TECHNICZNA: Transcolor - www.transcolor.pl

CAŁY TEKST TEGO ARTYKUŁU
można przeczytać w Magazynie
Muzyka i Technologia
4/ 2014
ZAMÓW

NAJNOWSZE WYWIADY

ARCHIWUM

NADCHODZĄCE WYDARZENIA



PRENUMERATA PAPIEROWA


Ekskluzywne wydanie papierowe!
ZAMÓW
OSZCZĘDNOŚĆ I WYGODA

PRENUMERATA ELEKTRONICZNA


Przeczytaj jako pierwszy!
Ściągnij na tablet i smartfon
ZAMÓW (iOS)
ZAMÓW (Android)